Robię nic, czyli jak świat sprzysiągł się, by mnie rozpraszać

Gdyby mi się tak chciało, jak mi się nie chce…

Często mam nieodparte wrażenie marnowania czasu. Tego, że za słabo go wykorzystuję. Wyrzucam sobie, że mogłabym więcej, bo skoro inni mogą to ja też. Co oczywiście skutkuje złym samopoczuciem i marną oceną swojej pracowitości. Ale co zrobić, by wreszcie zebrać myśli i usiąść nad tym co się zaplanowało? Wyeliminować przeszkodę. W moim przypadku jest to bardzo dużo przeszkód, bo świat wokół sprzysiągł się, by mnie rozpraszać zawsze wtedy kiedy powinnam zabrać się za coś pożytecznego. I tak działo się zawsze nawet w czasach szkolnych potem na studiach. Gdy przychodziło do nauki to sprzątanie, szorowanie, pucowanie, mycie okien było dużo atrakcyjniejszej niż wkuwanie.

Dziś rozprasza mnie na przykład mój pies. Gdy tylko złapię za telefon czy siądę do laptopa KiMi domaga się uwagi. Wpycha na moje kolana, trąca dłonie. I cóż począć przecież moje wypociny mogą poczekać. Jak odmówić proszącym oczom o odrobinę przytulania. Pieszczoty to pierwszorzędna sprawa, ale jeszcze są te podstawowe – obowiązkowe. Wypuścić na dwór, porzucać piłkę, nakarmić, udać się do weterynarza, wyczesać, kąpać i wtedy znów głaskać. Tyle zajęć… i czas na rozdział kolejnej powieści przepadł bezpowrotnie.

Rozprasza mnie również kot, który w zeszłym roku wybrał mój dom rodzinny na swój własny. Nakarmić, miziać, przeszukać ogród w celu ustalenia jego obecności, a co najważniejsze pilnować, żeby najstarsza psina tego rodu nie chciała go zjeść ( nie ma już dużo zębów więc nie wgryzłaby się w świeże mięsko, ale obawa zawsze istnieje, zwłaszcza, że kot lubi się psocić i nieświadomy zagrożenia wręcz się pcha do pyska). O wilku mowa, znaczy o kocie… właśnie teraz przyszedł mnie rozpraszać zgrabnie, wskakując na klawiaturę. Talent pisarski pewnie chciał udowodnić, aby nawiązać większą nić porozumienia ze swoją żywicielką.

Najstarsza sunia również odwraca skutecznie uwagę od tego co istotne, bo ze starości zapomina o tym, że przed chwilą zjadła i domaga się kolejnej porcji. Ale jak się domaga. Chodzi wokół, kręci się, przewierca wzrokiem, a gdy to nie skutkuje zaczyna szczekaniem nawoływać do działania. Bardzo intensywnym, długim szczekaniem.

Wszystko, po prostu wszystko się sprzysięga przeciw wyznaczonym celom. W końcu na zwierzętach obowiązki się nie kończą, trzeba jeszcze pranie wstawić, rozwiesić, pozamiatać tu i ówdzie, pojechać  na zakupy i oczywiście do pracy, bo zapewne z samego pisania nie wyżyję jeszcze długo, więc tak, mam pracę.  Pracuję w nienormowanych godzinach i sama decyduję kiedy, a raczej decydują o tym moje klientki. I to jest kolejna przeszkoda, która odwraca moją uwagę od napisania choćby takiego posta na bloga. Załóżmy, że mam na rano potem trzy godzinną przerwę i znów wieczorem jadę do pracy albo na 14:00 ( cały dzień w pracy oczywiście się nie liczy jako wymówka, to po prostu jest dobre usprawiedliwienie, wtedy naprawdę nie mam kiedy usiąść do laptopa ) tyle godzin, minut i sekund do wykorzystania! A ja co robię? Robię nic. W końcu to za mało czasu na cokolwiek. Uwielbiam zasiąść do pisania i mieć komfort psychiczny, że dziś robię tylko to i mam na tworzenie calutki dzień. Tak wyglądały moje początki. Zamykałam się w pokoju i osiem, a czasem dziesięć godzin stukałam w klawiaturę, ale wtedy mieszkałam w Warszawie, w bloku, nie było ogrodu, nie miałam zwierzaków i co najistotniejsze chwilowo byłam bez pracy. Rozpraszał mnie jedynie mój pęcherz i żołądek.

Najgorsze jest to, że robienie nic wychodzi mi najlepiej i zawsze mam na to czas. A na koniec dnia milion wyrzutów do samej siebie. A jak to wygląda u Was? Lubicie robić nic, czy raczej COŚ? Jak wypełnilibyście taką lukę w ciągu dnia jak trzy godzinna przerwa w pracy? Siłownia, rower, pisanie? Czy tak jak ja z obawy, że nie wyrobicie się w tym czasie z treningiem bądź innym zajęciem robilibyście… NIC.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.